środa, 30 października 2013

Chapter One

Moje życie jest bez sensu. Śmierć matki,agresywność ojca,zamieszkanie u cioci,a teraz to.... A więc moi kochani opiekunowie wymyślili sobie że mam iść do szkoły muzycznej mojego wójka w Londynie... Czemu się nie ciesze? Dobre pytanie... Po pierwsze skończyłam z muzyką i nie miałam zamiaru do niej wracać,po drugie prywatna szkoła dla dzieci zasranych bogaczów i nadętych pustych lalek,a po trzecie ogólnie nie lubiłam towarzystwa,a myśl o tym że miałam dzielić pokuj z niewiadomo kim zniechęcał już na starcie. Ale nie,już wszystko postanowione,no bo przecierz kto liczył by się z moim zdaniem? Nikt.Miałam opuścić Paryż i pojechać do Londynu,zupełnie zmienić swoje życie i poglądy,o nie,chciałam żeby wyglądało to zupełnie inaczej. Po przeprowadzce chciałam żyć w swoim świecie czytać,słuchać muzyki i być sobą,nie bać się o lepsze jutro. Za tydzień wyjeżdżam  niewiem czy sobie poradzę nie wiem czy znów zagram na pianinie,czy zaśpiewam.                             ***********************************************************                                                                         Tydzień później:                                                                                                                                  Walizki spakowane,wszystko gotowe,cóż to w drogę. Zeszłam z bagarzami z drewnianych schodów i popędziłam do kuchni. Dziś jeśli chodzi o ubranie postawiłam na wygodę. Zalożyłam kremowy sweterek , wzorzyste legginsy a włosy związałam w luźnego koka. Gdy weszłam do nowoczesnej kuchni zastałam ciocię Danielle robiącą naleśnik,gdy usłyszała moje kroki mimowolnie się odwróciła.            -Hej skarbie.-powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy.                                                    -Taa.-wydukałam cicho niezadowolona z decyzji jej i wujka. Położyłam sobie dwa naleśniki na talerz i polałam je bitą śmietaną,zasiadłam do drewnianego stołu.         -Clary dobrze wiesz że robimy to dla twojego dobra,ta szkoła,akademik,wszystko to naprawdę świetne miejsc.-powiedziała ciocia poraz setny wciskając mi jakiś tani kit.-Zobaczysz że kiedyś nam za to podziękujesz.-dodała po chwili .                                -Coś jeszcze?-spytałam z ironią w głosie. Byłam okropna,ale nie chciałam tam jechać,tak cholernie nie chciałam powracać do tych wszystkich wspomnień związanych z muzyką,mamą i ojcem.                                                                                             -Za pół godziny się zbieramy bądź gotowa.-wysyczała starając się zrobić to jak najmilej. A wiecie co jest najśmieszniejsze? Teraz jestem taka, wśród ludzi których znam,rozgryzłam ich i wykorzystuje swoją sytuacje,rozumieją moje zachowanie. W rzeczywistości jestem strasznie nieśmiała i odcięta,samotna-taka będe w tym durnym Londynie. Zjadłam naleśniki-zostało 15 min. do wyjścia. Wyjełam z torby mojego białego i-phone i zarzuciłam słuchawki na uszy,włączyłam pierwszą,lepszą piosenke i wsłuchałam się w jej dźwięki. Słuchałam muzyke,ale od śmierci mamy nie śpiewałam, lub nawet nuciłam. To dziwne ale słuchanie muzyki nie przupomina mi mamy,to mnie nie boli. Muzyka w takim wykonaniu jest 7 cudem świata. Nim się obejrzałam była 12:30-godzina odjazdu. Wstałam z barowego stołka i wyszłam z kuchni. Skierowałam się do przedpokoju gdzie ciocia już szykowała się do wyjścia,a moje bagarze opierały się o kremową ściane. Wsunełam na nogi czarne Vansy i zarzuciłam na siebie płaszczyk. Między mną a ciocią Danielle panowała zupełna cisza,skierowałam się w stronę walizek. Na ramie zarzuciłam torbę z laptopem i podręczną torebkę w każdą z rąk chwyciłam po walizce. Ciocia wzięła następne dwie  i jeszcze trzy torby. Wujka dzisiaj nie było pojechał do biura. . Jakimś cudem wyczołgałyśmy się z domu,ciocia zakluczyła drzwi i ruszyłyśmy w kierunku czarnego Range Rovera. Wrzuciłyśmy bagaże do bagarznika i ruszyłyśmy.O 13:30 miałam samolot więc nie musiałyśmy się śpieszyć. Nasunełam na uszy słuchawki i zasnęłam przy dźwiękach muzyki.                                                                                                 -Clary jesteśmy na lotnisku!-z błogiego snu wyrwała mnie ciocia Danielle szturchając mną na lewo i prawo. Wyszłam z pojazdu i skierowałaim się w stronę bagarznika,wyciągnełyśmy walizki i wspólnymi siłami wrzuciłyśmy je na taśmę lotniskową. Mój samolot wylatywał za 15 min. i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego jak będe tęsknić za ciocią i wójkiem. Ciocia przytuliła sie do mnie mocno i czule,odwzajemniłam uścisk i z kącika mojego oka spłynęła pojedyncza łza.               -Będe za tobą tęsknić.-odezwała się ciocia.                                                                               -Ja za tobą też ciociu.-odpowiedziałam jej szczerze i przytuliłam ją poraz ostatni. Ruszyłam w swoją stronę,weszłam do wielkiego samolotu z kierunkiem Londyn i usiadłam na pierwszym wolnym miekscu jakim znalazłam,załorzyłam słuchawki na uszy.Nieszczęsny londynie przybywam!                                                                                       *************************************************                                                                                            Witam na pierwszym rozdziele ;3 Sorry za błedy ale pisałam na telefonie. Licze na komentarze. Do zobaczenia ;***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz